z Friday, 16 April 2010 08:29przez buli
W cieniu tragedii narodowej zaczęliśmy sezon startów i maratonów. Każdy chciał tego dnia cieszyć się pierwszym w roku wyścigiem z cyklu MTB Maraton, niestety pogoda jak i atmosfera wyraźnie temu nie sprzyjała.
Do Dolska wyjechaliśmy w piątek, razem z Dawidem i Borysem zapakowaliśmy się do samochodu i w szybkim tempie ruszyliśmy przed siebie. Po drodze szybkie tankowanie - ku naszemu zdumieniu zaraz za nami podjechał Królik z resztą chłopaków. Paulina razem z Godulami wyjechali wcześniej i to oni jako pierwsi byli na miejscu.
Na miejscu czekali na nas również chłopaki z rowerowania.pl którzy przypadkiem wybrali ten sam nocleg co my. Z tej racji było jeszcze śmieszniej i jak to zwykle przed startem bywa było oglądanie i podziwianie sprzętów - jakkolwiek to brzmi tak właśnie jest przed każdymi zawodami. Szybko poszliśmy spać żeby zebrać siły na jutrzejszy wyścig. Rano podczas pakowania ktoś krzyknął że samolot prezydencki się rozbił. Z niedowierzaniem czekaliśmy na informację czy ktokolwiek przeżył...
Przed startem za specjalnie nikt nie mówił o tym co się stało, nawet spiker jakoś niechętnie wspominał o tym wydarzeniu. Chyba faktycznie każdy był spragniony ścigania, albo nikt nie mógł uwierzyć w to co się stało. Start był opóźniony o 10 minut, zanim padł sygnał start spiker przedstawił największe gwiazdy tego wyścigu: Majkę Włoszczowską, Paulę Gorycką i Marka Galińskiego. Chwilę później ruszyliśmy przed siebie. Jako że razem z Borysem i Miśkiem dość późno stanęliśmy na starcie trzeba było się mocno natrudzić żeby przepchać się przez tych wszystkich ludzi.
Na samym początku jechałem jak idiota, napierałem ile sił w nogach starałem się przebić jak najszybciej. Pić mi się nie chciało, jeść za specjalnie też. Gdy dotarliśmy do pierwszego asfaltowego odcinka podpiąłem się do niedużej grupki i wspólnie przejechaliśmy ten dość ciężki, ze względu na wiatr, odcinek. Gdy wjechaliśmy w teren nie zwalniałem tempa. Jechało się szybko i przyjemnie, gdyż momentami wychodziło słońce a drzewa dawały ochronę przed wiatrem.Największym problemem całego wyścigu był dla mnie brak licznika oraz nie najlepiej dobrane opony. Nie wiedziałem jak szybko jadę i ile jeszcze kilometrów do końca zostało. Na drugim asfaltowym odcinku starałem się przebijać do przodu. Niestety grupy do których dołączałem nie chciały za bardzo współpracować a każdy starał się schować z boku by jak najmniej tracić sił na walkę z silnie wiejącym wiatrem.
W ten oto sposób w 2/3 maratonu dopadł mnie silny kryzys. Dawno nie miałem takowego. Przypuszczam że poza moją debilną jazdą przyczyniły się również antybiotyki które skończyłem brać dzień przed maratonem. Pech pomyślałem...mimo gradu, silnego wiatru i ulewnego deszczu jakoś dotoczyłem się do mety kończąc na okropnym 263 miejscu.
Swoje emocje opisała również Paulina która, która już w pierwszym wyścigu tego sezonu stanęła na podium:
Za oknem chmury, 6 st. powyżej zera. Pada? Chyba tak. Ostatni przegląd rowerów (znaczy koledzy przeglądają, ja jem śniadanie) przed pierwszym maratonem w tym sezonie. No i tradycyjne pytanie: co ubrać? (tak, tak- to dylemat także kolegów): czy coś na deszcz? ochraniacze na buty? krótkie rękawiczki? Nie - deszczówkę zostawiam, rękawiczki długie, bluza - tak, dzisiaj na długo, tu nie mam wątpliwości.
Start opóźniony. Stoję w sektorze już od 10 min i marznę strasznie.Wszyscy dookoła podskakują. Podskakuję.
Wystartowaliśmy. Starty to mój trudny temat. Po dwóch kolizjach na pierwszym km podczas zeszłorocznych maratonów, czuję się w tym nacierającym tłumie - lekko mówiąc - niepewnie. Ale jakoś poszło. Kiedy po jakimś czasie tłum się rozluźnił - odetchnęłam z ulgą i mocniej pocisnęłam na pedały.
Obawiałam się tej trasy. Na 64 km miało być tylko 371 m przewyższeń. Zapowiadał się płaski dramat. I rzeczywiście płasko – do tego sporo asfaltu, trochę piaszczystych, leśnych dróg. Przed startem założyłam sobie, że nie będę jechać (jak zazwyczaj) sama. Cel to trzymać się jakichś grupek, szukać sobie tzw. zająca i się go trzymać. Dzięki tym moim założeniom maraton nie był w ogóle nudny (czego się obawiałam), bo nie koncentrowałam się na płaskiej trasie. Patrzyłam na koło poprzednika, albo szukałam przed sobą koszulki osoby, która miała mi nie uciekać.
W między czasie złapał nas deszcz. Szybko ustał, ale na 50-którymś kilometrze zaczyna padać znowu, tym razem gradem, który zacina mocno w twarz. Ściągam okulary bo nie widzę dosłownie nic. To już ostatnie kilometry,więc dam radę.
Wszystkie bufety minęłam nie zatrzymując się w nich. Wody starczyło z okładem (kiedy jest chłodno zapominam o piciu), parę żeli dodało mi sił. Na trzech ostatnich kilometrach wieje tak solidnie, że z trudem jadę.Niebo czarne wisi nade mną, kolarze przede mną uciekają (byli przez moment tak blisko!).
Dolsk. Meta. Ufff... mam to za sobą. Dojechałam na drugiej pozycji w kategorii. W sumie jestem z siebie zadowolona, bo nie było nudno, bo wytrzymałam parę razy mocne tempo, chociaż kusiło, żeby odpuścić. Czas może nierewelacyjny, ale co tam. Pierwsze koty za płoty! :)
WYNIKI:
Dominik Oględziński - 27 open 4 w M3
Buli - 59 open 38 w M2
Królik - 84 open 22 w M3
Dawid - 136 open 66 w M2
Godul - 155 open 12 w M4
Borys - 227 open 69 w M3
Jelitek - 263 open 114 w M2
Paulina - 275 open 2 w K3
Misiek - 337 open 100 w M3
Junior - 543 open 190 w M2
