z Friday, 11 June 2010 17:55przez godul
Wybór startu akurat w tym maratonie był kwestią przypadku i był ściśle związany z możliwością dojazdu. Dojazd się znalazł kolejny raz w osobie Lesława z Rowerowania. Startowaliśmy z Lesławem w poprzedniej edycji tego cyklu - w Zdzieszowicach, więc postanowiliśmy znowu spróbować swych sił w Bike Maratonie.
Tym razem mieliśmy się zmierzyć z 60 km trasą mega, wiodącą głównie po sudeckich szutrach i generalnie utwardzonej nawierzchni.
W Zdzieszowicach udało mi się wywalczyć 1-szy sektor więc po zawodach nie można było już zastosować wymówki w stylu: „eee, pojechałem słabo bo musiałem się przeciskać z ostatniego sektora...”
Maraton zaczął się asfaltowym podjazdem (a jakże!), który przechodził w podjazd szutrowy (no niesamowite!). Od startu musiałem narzucić mocne tempo, które i tak było za słabe żeby się utrzymać w czołówce zawodników. Początkowo trzymałem się zielonej koszulki Lesława. Było bardzo ciepło i momentalnie zaschło mi w gardle. Poratowałem się kilkoma łykami z bidonu i akurat wtedy zaczął mnie wyprzedzać Tomek Ziembla z Kellysa. Z Tomkiem znamy się od jakiegoś czasu, w poprzednich sezonach był dla mnie wzorem kolarza, obecnie mam przyjemność czasami z nim trenować – mieszkamy bardzo blisko siebie.
Fakt dojechania Tomka do mnie trochę mnie zdziwił, wydawało mi się, że jest przede mną. No, ale trzeba było wykorzystać sytuację, złapałem się Tomka, który dość znacznie przyspieszył w momencie wjechania w odcinek szutrowy. Lesław został trochę z tyłu, ale nadal trzymał się na niezbyt odległy dystans. Kolejne kilkanaście minut pierwszego podjazdu, to jazda w kilkuosobowej grupie, którą napędzaliśmy z Tomkiem nawzajem. Przy wyjeździe z zakrętu zobaczyłem w oddali niebieską koszulkę Przemka Blachy – w tym sezonie już chyba stały rywal na mega w M2 (i bardzo dobrze, bo coś się musi dziać ). Postanowiłem choć trochę zniwelować dzielącą nas odległość.
Tomek i reszta grupy zostali z tyłu, a ja stopniowo wyprzedziłem kilku zawodników, do Przemka niestety nie udało się dobić. Po kilku minutach doszedł mnie Tomek, jedyny z grupy w której jechaliśmy i narzucił naprawdę solidne tempo. Wyprzedziliśmy razem kilku zawodników, niektórzy próbowali się złapać, trzem się udało. W tej 5-cio osobowej grupce znalazł się jeszcze Arek Cygan ubiegłoroczny reprezentant naszego wesołego kraju na TransAlpie (w tym roku razem ze swym partnerem – Marcinem Piecuchem chyba też się wybierają).
Kolejne kilkadziesiąt kilometrów to wspólna jazda w grupie po nudnych szutrach i twardych leśnych ścieżkach, niekiedy urozmaicona tylko kałużami i szybkimi zjazdami. Tomek i Arek bardzo mocno pracowali. Ja również starałem się dawać solidne zmiany, choć jak powiedział Tomek na mecie robiłem to w nieodpowiednich momentach i za bardzo szarpałem pozbywając się sił, których zabrakło na finiszu. Jeszcze dużo pracy przede mną!
Pozostali dwaj koledzy nie byli zbytnio chętni do zmian, no ale cóż...
Nasza wesoła gromadka rozstała się na rozjeździe mega/giga. Ja i jeden kolega w żółtym trykocie pomknęliśmy do mety, Tomek i reszta na drugą pętlę tej arcyciekawej trasy z gatunku prawdziwego PURE MTB! ;P
Chwilę po rozjeździe ujrzałem znowu przed sobą koszulkę Przemka – co za radość i dodatkowa motywacja. Niestety niedługo później kolega żółty (niezmieniający, wypoczęty) odjechał mi na kamienistym zjeździe po kocich łbach, na którym musiałem zwolnić z powodu bólu dłoni i odrętwienia palców – zjazd podobny do tego w Międzygórzu na trasie giga - porażka! Próbowałem go jeszcze gonić na płaskich fragmentach i pod górę, ale powoli czułem symptomy zbliżających się kurczy i wolałem dojechać do mety wolniej, ale bez przerw na rozciąganie mięśni.
Okazało się, że Przemek także miał problemy z kurczami, gdyż widziałem jak musiał schodzić z roweru i rozciągać nogi. To była dla mnie szansa, by go dogonić. Docisnąłem trochę mocniej na pedały i bardzo powoli dystans między nami zaczął się zmniejszać.
Ostatnie 5 km trasy wyglądało tak jak powinno na zawodach w kolarstwie górskim. Maraton w tym miejscu przebiegał trasą XC, które było rozgrywane kilka lat wstecz. Krótkie strome podjazdy, kamieniste zjazdy, dość dużo błota. Na jednym z ostatnich zjazdów w końcu udało mi się wyprzedzić Przemka, który zakopał się w błocie i pomknąłem do mety wykorzystując resztę sił w nogach. Przy wyjeździe z lasu zauważyłem jeszcze, że goni mnie kolejny rywal, ale byłem już tak blisko mety, że nie dałem sobie odebrać tego małego zwycięstwa. Okazało się, że za walkę do ostatnich metrów nagrodą było 3-cie miejsce w kategorii czyli pierwsze pudło w tym sezonie! 
W klasyfikacji OPEN przyjechałem na 7-mym miejscu ze stratą 7 minut do zwycięzcy – chłopaka z M1, z którym wspólnie zgubiliśmy trasę na maratonie w Karpaczu. Bardzo tego teraz żałuję, bo wychodzi na to, że 1-majowy Karpacz to był mój najlepszy start w tym roku i nie sądzę, że wrócę do takiej dyspozycji...
Ale ale, nie ma co się rozpisywać na temat historii, bo i niewarta ona za bardzo wspominania! 
W Polanicy Zdroju wyszedł mi najlepszy wynik w życiu, choć duża w tym zasługa mocnej grupy, z którą miałem przyjemność jechać przez większą część trasy.
A puchar za 3-cie miejsce bardzo spodobał się mojej żonie i przyrzekłem sobie, że muszę jeszcze jakiś w tym roku dla niej wywalczyć!