Zapowiedzi wyjazdów
rowery
Bikemaraton Zdzieszowice
11.06.2010.

Dodał: Buli

Tym razem samotnie musiałem bronić czerwonych barw na zawodach MTB. Niedaleka lokalizacja i ładna, słoneczna pogoda nie były dostatecznymi motywatorami dla reszty grupowych maratończyków.

 

 

 

 

 

 

Na zawody pojechałem z Lesławem i Przemo z Rowerowania oraz Ziemniakiem z drużyny Publishing School. W planach oczywiście był dystans mega.

Po wielu trudach i wymienionych mailach z biurem organizatora udało mi się ostatecznie uzyskać 2-gi sektor. Start z ostatniego, 6-tego sektora, wiązał się z koniecznością wyprzedzenia tysiąca innych rowerzystów i uniemożliwiłby zajęcie jakiegoś lepszego miejsca.

 

 

 

 

Maraton zaczął się długim asfaltowym podjazdem, który przechodził w podjazd terenowy. Od startu narzuciłem sobie dość mocne tempo, gdyż miałem przed sobą ok. 200 osób z 2-giego sektora i pewnie ze 100 z 1-szego, który wystartował 30 sekund przed nami.

Na starcie miałem niestety małe problemy z pulsometrem, który uparcie pokazywał tętno regeneracyjne. Dopiero kilkakrotne włączenie/wyłączenie pomogło i elektroniczny puls wskoczył na odpowiedni poziom (ten rzeczywisty był od momentu startu już dość dużo powyżej progu mleczanowego

 

 

 

 

Pierwszy podjazd bolał jak zwykle: kwas w nogach, mocna zadyszka i pytanie, które zadaje sobie co tydzień w tym momencie: „po co ci to, kur...”!

Pod koniec asfaltu dogonił mnie startujący kilka sekund później Przemek Blacha, rywal na mega w M2. Przemek mnie wyprzedził, ale zdołałem się złapać na koło i tym samym podnieść jeszcze odrobinę wyśrubowany puls. Ta gonitwa przyniosła nową falę bólu i kolejną porcję „egzystencjonalno-rowerowych” pytań!

 

 

 

 

Na szczycie asfaltu trasa wchodziła w stromą wąską trawiastą ścieżkę. Przemek nie był skory żeby się przepychać między podjeżdżającymi tam rowerzystami, więc naparłem na pedały (do bólu zacząłem się już stopniowo przyzwyczajać a nawet czerpać z niego masochistyczną radość) i uderzyłem w górę. Wtedy straciłem kontakt z Przemkiem, który chyba miał jakieś problemy z przerzutką – szkoda, bo w tym sezonie jeździmy w miarę podobnie i mogliśmy się wzajemnie tasować aż do mety.

 

 

 

 

Przyszedł czas na pierwsze zjazdy. Trasa była bardzo błotnista i śliska (podłoże podobne jak w Lasku Wolskim po deszczu), a że ja akurat jechałem na Piraniach (wg Hutchinsona semi-slick, wg mnie oponki lepsze niż Pythony), to było wesoło i czasami od jednego krańca ścieżki do drugiego, a nawet bokiem! :)

Mimo tego na zjazdach udawało mi się wyprzedzać kolejnych rywali, m.in. Jacka Chmielarczyka, który szczęśliwie wrócił do jazdy i formy po kontuzji.

 

 

Kolejne podjazdy były już poprowadzone leśnymi ścieżkami więc zabawa była zdecydowanie większa niż na betonie, który wiadomo dla kogo jest...

Na tych podjazdach udało mi się pewnie po raz pierwszy i ostatni w życiu wyprzedzić prawdziwą legendę amatorskiego ścigania Pawła Urbańczyka, który praktycznie nie trenował w zimie lecząc groźną kontuzję kolana. Nie byłbym sobą gdybym nie zagadał do Pawła, trochę się pośmialiśmy i trzeba było pędzić dalej – przede mną nadal jechał ten miliard rowerzystów, których wypadało wyprzedzić.

 

 

Przyznam szczerze, że nie za bardzo pamiętam dalszy fragment trasy. Generalnie było interwałowo z krótkimi podjazdami i błotnistymi zjazdami. Głównie po lasach, trochę po polach, szutrach itp. Na tym fragmencie trasy udało mi się wyprzedzić Lesława, który startował z 1-szego sektora. Była to dla mnie duża przyjemna niespodzianka, bo w zeszłym sezonie Lesław był sporo poza moim zasięgiem i generalnie jeździł na tych maratonach jak jakiś szaleniec!

 

 

Muszę przyznać, że w tym dniu jechało mi się naprawdę rewelacyjnie. Bardzo lubię takie trasy, gdyż mogę mocno pojechać na krótkim podjeździe i potem odpocząć na zjazdach przed kolejnymi górkami. Po wyprzedzeniu grupy, w której walczył Lesław, udało się jeszcze dojść grupę m.in. ze Sławkiem Kulejem (bezpośrednim rywalem Lesława) oraz Konradem Bochenkiem z Kellys’a.

 

 

Kolejno trasa wiodła odcinkiem asfaltowym. Jak zwykle w takich wypadkach jechałem sam, ja się chyba nigdy nie nauczę jakiejkolwiek taktyki wyścigowej...

Po płaskim asfalcie przyszedł czas na dość długi podjazd w terenie. Przede mną jechała grupka kilku kolarzy, prowadzona przez Mirka Bieniasza – kolejna legenda! Udało się ich dopaść i spokojnie kręcić razem, miałem wszakże już ponad 30 sekund przewagi nad nimi, gdyż byli to zawodnicy z 1-szego sektora – ech, te maratony Grabka... :)

Po okresie spokojnej jazdy Mirek próbował rozerwać grupę. Powoli ale skutecznie udało się to zrobić i ostatecznie zostaliśmy w 4 osoby. Mirek cały czas podkręcał tempo i w końcu udało mu się nas zgubić. Pokonało nas jego doświadczenie maratońskie (ponad 200 startów  w karierze!) i umiejętności techniczne.

 

 

Rozdzieliliśmy się w trakcie przejazdu przez duże wciągające błoto. Mirek najlepiej wytorował sobie drogę między kałużami, chłopaki coś tam się zaczęli podpierać a ja się po prostu wypieprzyłem! :D Uzyskana przewaga Mirka zaczęła się zastraszająco szybko powiększać, mimo że my także wrzuciliśmy wyższy bieg. Kiedy podłoże trasy wróciło w miarę do normalności postanowiłem zaatakować. Udało się stopniowo urwać rywali na dość długim technicznym podjeździe i samotnie wjechałem na skręt prowadzący do mety. Czasami na otwartej przestrzeni widziałem biało-niebieską koszulkę Mirka, ale nawet mimo ostrego finiszu nadal między nami pozostawał dystans.

 

 

Ostatnie kilometry to gonitwa po płaskim i wymijanie rowerzystów z dystansu mini. Jak zwykle na stadion i metę wjechałem na stojąco z zablokowanym amorem, ledwo hamując przed obsługą maratonu stojąca za metą. No cóż, wariaci tak mają! :)

Co śmieszniejsze taki finisz przyniósł mi zwycięstwo nad Mirkiem o kilka setnych sekundy – ech, te maratony Grabka...

Na mecie pogadałem trochę z Mirkiem i poczekałem na Lesława (przyjechał z Przemkiem Blachą jakieś 5 minut po mnie).

W samochodzie przeczytałem sms-a, ze zająłem 9 miejsce open i 6 w kategorii M2. Fajne miejsce, ale bardziej jestem zadowolony z tego, ze jechało mi się naprawdę świetnie i czułem powera! :)

Za 6-te miejsce dostałem koszulke firmy Festina w rozmiarze L (taka od kolan po łokcie ;)), którą w domu czym prędzej podarowałem tacie, za to że skosił mi trawnik kiedy ja byłem na maratonie! :P

 

 

 

» Brak komentarzy
Nie ma tu jeszcze komentarzy.
» Wyślij komentarz
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
Zaloguj się lub zarejestruj.
  Pobierz FireFoxa
Bikeholicy - Krakowska Grupa Rowerowa
wykonanie i nadzór: mkDesign
Wszelkie prawa do projektu graficznego są zastrzeżone