z Wednesday, 14 July 2010 08:08przez szaman696
Na tarnowski maraton (z cyklu Bike Maraton) wybrałam się bez jakiegoś specjalnego celu czy ambicji. Pojechałam, bo blisko i tyle.
Miasto przywitało nas palącym słońcem. Tego dnia miało być naprawdę gorąco. W radiu w kółko trąbili o tym, by dużo pić i nie wychodzić z cienia. Napełniłam camelbaka po brzegi i załadowałam pusty bidon do koszyka - tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba było uzupełnić wodę. Gorzej będzie z tym cieniem na trasie...

Przyjechałyśmy (zabrałam się z Krakowa autem z Kasią P.) dosyć późno, bo na A4 w korkach trzeba było odstać swoje. Zarejestrowałam się w biurze zawodów i zrobiłam szybką rozgrzewkę - kilka podjazdów na hopce niedaleko startu - potem ustawiłam się w sektorze. Kiedy rozglądnęłam się dookoła zobaczyłam tylko jedną zawodniczkę z K3 - zastanawiałam się, gdzie reszta...
Sektory startowały w odstępach około trzydziestosekundowych. Po chwili ruszyliśmy i my. Kasia w ostatniej chwili zmieniła sektor na czwarty, bo tam ustawiły się jej konkurentki a żeby ściganie się miało sens, pasuje stać w tym samym sektorze, co rywalki.
Początek trasy biegł lekko pod górę szerokim asfaltem, potem kostką zaczął się piąć coraz bardziej. Ufff... strasznie ciepło. Słońce naprawdę mocno przypieka. Póki co cienia jak na lekarstwo. Jadę i pozwalam się mijać paru dziewczynom (w tym Kasi, która jedzie na swoje giga). Nie jestem nastawiona na ściganie za wszelką cenę. Jest mi gorąco i jadę swoim tempem i o dziwo uciekające mi dziewczyny nie robią na mnie żadnego wrażenia. Jadę wyluzowana, bez stresu (w końcu Bike Maraton to nie mój cykl, nie robię tu generalki) i w sumie mimo tego upału czuję, że jazda dzisiaj będzie dla mnie naprawdę dobrą zabawą.
Mijają kilometry. Wpadamy w lasek - łapię przyjemny chłodek i czuję, że odpoczywam. Udaje mi się wyprzedzić kilka dziewczyn, które chwile temu zostawiły mnie za swoimi plecami.
Niewiele pamiętam z trasy tego maratonu, nie potrafię po kolei odtworzyć sobie uciekających kilometrów - może to przez ten upał? Pamiętam podjazd pod Brzankę - dosyć łagodny i nie sprawiający większych problemów. Można było nawet momentami jechać w cieniu, więc dało się wytrzymać. Na szczycie bufet - do bidonu nalewam wody, bo czuję, że camel może nie wystarczyć. Potem był chyba jakiś zjazd, ale zupełnie go nie pamiętam. Pamiętam jeszcze jakieś polne ścieżki wystawione na pełne, palące słońce i pamiętam ostatnie kilometry - całkiem fajny zjazd w przemiło zacienionym lasku. Kiedy z niego wyjechałam wiedziałam, że zostały mi jakieś najwyżej 2 km do mety. Nadepnęłam mocniej na pedały. Jest i meta - kolega cyknął zdjęcie i prowadzi mnie do bufetu. Musiałam wyglądać na bardzo spragnioną
.

Potem biegnę zobaczyć wyniki - okazało się, że dojechałam pierwsza w swojej kategorii i druga wśród kobiet open na mega! Do pierwszej zawodniczki – Joanny Czerwińskiej miałam sporą półgodzinną stratę. Buli przyjechał już dawno z czasem 2.47 - zajmując 3 miejsce na dystansie mega w kategorii M2 (5 open)!

Czekam teraz na Kasię, która jeszcze się gdzieś tam przypieka na trasie. Po ponad 5 godzinach przyjeżdża. Okazało się, że maraton tarnowski potrafi dać w kość. Podsumowując: trasa - interwałowa, mnóstwo krótkich podjazdów i zjazdów, parę technicznych odcinków, zjazdów po drogach, w których - zapewne po powodzi - wyżłobiła się głęboka koleina. Asfaltu - wbrew temu, co zapowiadali koledzy jeżdżący ten maraton w latach ubiegłych - wcale nie wiele. Maraton tarnowski zaskoczył mnie pozytywnie!
